SGRH 3 Bastion Grolman

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Home Nasze działania 16-18.10.2009 Impreza manewrowo-integracyjna na Wyspie Sobieszewskiej

16-18.10.2009 Impreza manewrowo-integracyjna na Wyspie Sobieszewskiej

Email Drukuj PDF

WYSPA SOBIESZEWSKA - IMPREZA MANEWROWO-INTEGRACYJNA

Wyspa Sobieszewska Idea ta rodziła się w mojej głowie od dość długiego czasu. Przychodziły rozterki czy znajdę czas, czy dam radę. Pomysł powoli dojrzewał, aż w końcu wykrystalizował się na tyle, że stwierdziłem ? robię to.

I się udało. Spotkanie integrujące wszelakiej maści środowiska militarne i rekonstruktorskie doszło do skutku. Założeniem było zrobienie imprezy kameralnej ale i z pewnym rozmachem. Zebrałem ponad sześćdziesiąt osób, które jak i ja lubią mundury, wyposażenie, sprzęt i pojazdy wojskowe. Do wspólnej zabawy dołączyli ludzie, którzy przez lata wyrobili sobie już pewną renomę na hobbistycznym poletku militariów. Swoim udziałem zaszczycili mnie Militarni-Trójmiasto, Organizatorzy Zlotu Militarnego w Olsztynie, Willys-Jeep Club Polska, oraz niezrzeszeni rekonstruktorzy i pasjonaci pojazdów wojskowych. Chęć brania udziału w tego typu spotkaniach podkreśla to, że niektórzy uczestnicy przyjechali z Olsztyna, Warszawy, Kielc i oczywiście okolic Trójmiasta.

Pierwsi goście pojawili się na Wyspie Sobieszewskiej we wczesnych godzinach popołudniowych. Jednak uczestnicy zjeżdżali się do godzin wieczornych. Po długiej podróży oczekiwał na nich ciepły posiłek w postaci ?staropolskiego? grilla, który notabene towarzyszył nam do niedzieli. Piątek, jak to piątek minął na wspólnym witaniu się, poznawaniu, wymianie rubasznych historii związanych z naszą pasją i nie tylko. I tak minął ten sympatyczny wieczór.

Założenia sobotniego dnia były o wiele bardziej ambitne. Jako, że wszyscy już dobrze się znali można było przejść do realizacji planu mającego na celu edukację historyczną uczestników spotkania, przeprowadzenie ćwiczeń członków 3 Bastionu Grolman wraz z wspomagającymi nas zaprzyjaźnionymi rekonstruktorami.

Chcąc być ?ludzkim organizatorem?, wymarsz z ośrodka zarządziłem na godzinę jedenastą, co okazało się porą optymalną. Jako, że czekał na ok. 10 kilometrowy spacer, uczestnicy z małymi dziećmi i ci, którzy nie wyrazili chęci uczestnictwa w wyprawie, zostali przeze mnie wspaniałomyślnie zwolnieni z tego chlubnego obowiązku.

Celem sobotniego wypadu było pokazanie drugo wojennych pozostałości i przedstawienie tragicznej historii dziesiątek tysięcy ludzi znajdujących się w tym miejscu u schyłku wojny. Opowieści o walkach Armii Czerwonej z wojskami niemieckimi poparte doskonale do tej pory zachowanymi okopami, ziemiankami, gdzieniegdzie, przy bliższym spojrzeniu na ziemię, leżącymi łuskami lub odłamkami, robiły na uczestnikach wyprawy ogromne wrażenie. Spacerując przez las, przecinając linie umocnień, można było odnieść wrażenie, że to miejsce zostało dopiero opuszczone przez żołnierzy, a wiatr wciąż niesie zapach prochu. To tędy dziesiątki tysięcy niemieckich żołnierzy uciekało przed wojskami radzieckimi, topiąc w Wiśle lub zakopując w sobieszewskich lasach tony sprzętu, amunicji i broni, oraz tak często spotykanie rzeczy osobiste, jak przybory do golenia, sztućce czy nieśmiertelniki, które w przypadku niektórych oddziałów oznaczały wyrok śmierci, po trafieniu w ręce wroga.

Tędy także przechodził szlak tych, którzy zostali przez szaleństwo wojny najbardziej dotknięci ? więźniów obozu Stuthoff. Zimą 1945r. dziesiątki tysięcy ludzi było pędzonych z Mierzei Wiślanej w kierunku Żukowa. Jako, że pora roku była bardzo mroźna ludzie ci pokonywali Wisłę na pieszo, idąc po lodzie. Nie dla wszystkich ?królowa? polskich rzek była łaskawa. Tak ofiary jak ich kaci tracili życie podczas tej przeprawy, tu znaczenia nie miało, kto jaki mundur nosił.

Dla nas aura była bardziej łaskawa. Marsz groblą oddzielającą Wisłę od jeziora Ptasi Raj i powrót brzegiem morza połączony z odpoczynkiem, dla większości był dość męczący, przy i tak fantastycznej pogodzie. Dzięki temu uczestnicy na ?własnej skórze? choć w stopniu zaledwie minimalnym mogli zobaczyć jak przebiegał szlak ?drogi nadziei? znajdujących się tu ludzi na początku 1945 roku, którzy byli głodni, zmarznięci, wystraszeni a mroźna zima na pewno im nie sprzyjała. A gdzieś tam miało być lepiej...., bezpieczniej, ...spokojniej.

Po dotarciu na plażę, znaleźliśmy miejsce, które wyśmienicie nadawało się do ?bastionowych? ćwiczeń. Jako, że do ośrodka było niedaleko, większość wycieczkowiczów udała się w jego kierunku. Tam coraz wyraźniej klarował się obraz ciepłej grochówki. A dla nas nastała wymarzona chwila ciszy nad brzegiem Bałtyku dająca czas na odpoczynek i przygotowanie się do serii ćwiczeń i manewrów. Klimat i otoczenie przesiąknięte historią potęgowały chęć zaprezentowania swojej wiedzy, umiejętności oraz tego co się przyniosło na plecach. Po pewnym czasie, który płynął bardzo szybko, znak do powrotu dało nam coraz bardziej wzburzone morze, bryza podrywająca plażowy piasek, oraz nadchodzący zmierzch.

Wyspa Sobieszewska Wyspa Sobieszewska Wyspa Sobieszewska Wyspa Sobieszewska Wyspa Sobieszewska Wyspa Sobieszewska Wyspa Sobieszewska

Droga do ośrodka minęła szybko, gdyż tempo marszu dyktowały siły przyrody a nie nasze chęci. Dzień ten można udać za udany i efektywny. Gdy wróciliśmy do ośrodka, większość zaczęła się budzić po poobiedniej drzemce, która była wynikiem długiego przemarszu. Mniej lub bardziej zmęczeni zasiedliśmy do wieczornego grilla... ...dzień dobiegał końca.

Niedzielny poranek, rozpoczęliśmy od wspólnego śniadania w plenerze, jako że pogoda nas rozpieszczała w dalszym ciągu, amatorów konsumpcji na zewnątrz było bardzo dużo. Po sutym posiłku nadszedł czas rozstania. Uczestnicy spotkania pochodzący z odleglejszych części Polski zaczęli się powoli żegnać i odjeżdżać. Ci, którzy do domu mieli bliżej, wybrali się na wspólny spacer po bunkrach byłej jednostki LWP i Wojska Polskiego, na terenie której znajduje się ośrodek. Po powrocie z wyprawy ostatecznie pożegnaliśmy wszystkich, którzy towarzyszyli nam przez te trzy fantastyczne dni. Wspomnienia, przeżycia, fantastyczny klimat, zadowolenie uczestników utwierdziły mnie w przekonaniu ? było warto. Na pewno zobaczymy się za rok...

 

Za zgodą autora publikuję opis ostatnich dni walk na Mierzei Wiślanej i Wyspie Sobieszewskiej

 

Mierzeja Wiślana

- fragment książki Waldemara Nocnego "Wyspa Sobieszewska" opublikowany za zgodą autora.

W czasie zimowej ofensywy Armii Radzieckiej transporty niemieckiej ludności cywilnej kierowały się na obszar Pomorza Gdańskiego, w tym również na Mierzeję Wiślaną. Ucieczkę utrudniały mrozy, brak transportu i bombardowania. Zarządzenia ewakuacyjne wydawano w ostatniej chwili, co nakładało się na odwrotowe operacje wojsk. Wiele tysięcy uchodźców przybywało na Mierzeję Wiślaną, licząc na ewakuację okrętami, stojącymi w Zatoce Gdańskiej. Ludność cywilna próbowała przedostać się na mierzeję poprzez Zalew Wiślany Niezbyt gruby lód załamywał się pod ciężarem ludzi i zwierząt - nie uzyskując żadnej pomocy, tonęli w lodowatej wodzie. Ci, którzy przebyli ścięty mrozem zalew, nad brzegiem morza nie znaleźli ratunku.

W tym czasie z zagrożonego bezpośrednio Gdańska wywożono dobra kultury, archiwa i urzędowe materiały. Wielką ich liczbę zgromadzono w willi gauleitera A. Forstera na wyspie sobieszewskiej. Tam też, u podnóża wzgórza, na którym stalą, już w 1943 roku zbudowano dwa duże baraki magazynowe. Składowano w nich zdobycz wojenną pozyskaną na wschodzie, segregowano i przekazywano dalej do Rzeszy

W nocy 28 marca, gdy Gdańsk był już dla Niemców stracony, oddziały 4. Dywizji Pancernej odeszły na wschód wraz z ostatnimi mieszkańcami, którzy zdecydowali się porzucić miasto. Hans Schauiler, porucznik 35 PanzerRegimentes, tak opisywał ten czas

"Później musieliśmy opuścić wyspę Stogi, i odbiliśmy drugą odnogą Wisły koło Górek Wschodnich i Sobieszewa. Tam utworzyliśmy wahadłowy transport promowy na Hel i przenieśliśmy się do Świbna. (...) Po południu 5 kwietnia padł rozkaz opuszczenia Oksywia jakkolwiek o wiele za późno. Specjalnymi barkami przewieźli saperzy nasze czołgi na wschodni brzeg odnogi Wisły, gdyż Sowieci deptali już nam po piętach. (...) I po przekroczeniu drugiej odnogi Wisty prędko znów znaleźliśmy się na piaszczystej wyspie, jako że delta Wisły rozpościerała się na szerokość około (60 km od Nowego Portu do Elbląga). Nazywaliśmy ten kawałek lądu wśród wody, pomiędzy Wisłą i Bałtykiem - Komarową Wyspą.

Tutaj, poza zasięgiem sowieckiej artylerii, kłębił się niesamowity tumult ludzi. Gwar różnojęzyczny tych ludzi z wszystkich ziem Pana Boga przywodził nieodparcie historię budowy wieży Babel, nie tylko dlatego, że wszystko działo się między dwiema rzekami. Wszędzie kopano i grzebano z wielkim przejęciem. Prawie wszystkie narody Europy były tu reprezentowane.

Jako pierwszych spotkałem 32 wziętych do niewoli angielskich oficerów, którzy przed około czterema tygodniami w okolicach Borów Tucholskich przeszli poza nasze linie ściśle według wojennego zwyczaju, z białą chorągwią i parlamentariuszem na czele... Sytuacja była wtedy tak pokręcona, że musieli przez trzy dni pozostać na stanie żołnierzy naszego pułku, zanim przeniesiono ich gdzie indziej. W tym czasie dobrze się zrozumieliśmy i zaprzyjaźniliśmy. Teraz oczekiwali oni, jak sto tysięcy innych, na statek płynący na zachód. Potem coraz częściej widziałem, że u rodzin chłopskich z Prus Wschodnich i Zachodnich byli jeńcy francuscy, którzy z wielkim przejęciem troszczyli się o "swoje rodziny". Bardzo uważali, by się nie pogubiły. Byli oni często jedynymi mężczyznami tej wędrówki, jeżeli nie liczyć zgrzybiałych starców. (...)

Nieco na uboczu ?prostego ludu" trzymali się z rezerwą panowie z Reval i Rygi, w futrzanych płaszczach, z ciężkimi skrzyniami i kuframi okrętowymi. Wykłócali się ze swoją niedawną służbą, która, w obliczu całkowicie zmienionej struktury społecznej, już nie chciała ich słuchać. Na jakiejś kopie ziemi siedziała w kucki grupa Polek, które chciały razem z nami uciec na zachód, gdyż obawiały się gniewa swoich zwycięskich rodaków. W każdym razie były zdrowo wystraszone, cicho szeptały między sobą. Tu i tam dyskutowali rosyjscy ochotnicy, byli czerwonoarmiści, którzy aż do teraz wytrwali po naszej stronie. Musieli szybko decydować, dokąd iść. Dla nich sytuacja była szczególnie tragiczna".


Tak więc na zakończenie działań wojennych czekali mieszkańcy Prus Zachodnich i Wschodnich. Litwini, Estończycy, Francuzi, Anglicy, Polacy, korzystając z kuchni polowych i kotłów pomocniczych armii. Mnóstwo koni wojskowych i należących do uciekinierów poszło pod nóż. Wyżywienie i opieka medyczna dla tak wielkiej rzeszy ludzi były dobrze zorganizowane, mimo braku medykamentów i podstawowych produktów żywnościowych. W tym czasie marynarka wojenna, korzystając ze statków i mniejszych jednostek, promów oraz wszelkiego rodzaju lodzi, systematycznie, po utracie przez wojska niemieckie Gdańska i Gdyni, przewoziła cywilów i wojskowych na Hel, by stamtąd mogli się dostać na wielkie jednostki transportowe. "

?Z dnia na dzień - pisał Hans Sehaufler - pustoszały coraz bardziej lasy i wydmy. Nigdzie nie wyczuwało się paniki. To nas uspokajało po wściekłych tygodniach spędzonych w Gdańsku".

Dni te wykorzystano na nową organizację oddziałów i uzupełnienie wykrwawionych kompanii. "Nasz oddział czołgów 1/35 dysponował jeszcze dwudziestoma gotowymi do służby wozami bojowymi - wspominał H. Sehaufler - Załogi zniszczonych czołgów walczyły ofiarnie w Gdańsku z pistoletami maszynowymi i pięściami pancernymi w ręku. Straty były bardzo bolesne".

Sztaby i służby tyłowe zostały znacząco zmniejszone albo rozwiązane; pisarze, motocykliści, personel sztabowy, warsztatowcy przydzieleni zostali do oddziałów bojowych. Dla wielu był to prawie wyrok śmierci, gdyż nie mieli pojęcia o służbie liniowej. Uciekali się więc niejednokrotnie do różnych zabiegów, by wraz z rannymi wyrwać się jak najszybciej z wyspy. Żandarmeria polowa bezwzględnie pilnowała porządku. Badała papiery wyjeżdżających na każdym punkcie kontrolnym. Kto próbował innych dróg, był wieszany z tabliczką: "Za zhańbienie sztandaru - skazany na śmierć".

Wisła była przeszkodą nie tylko dla atakujących, lecz również dla oddziałów niemieckich, próbujących się przegrupować. Wielką rolę w tym czasie odgrywał prom kursujący między Świbnem a Mikoszewem, na tyle obszerny, że mógł zabrać jednorazowo kompanię wojska. Utrzymywał ciągłą komunikację przez Wisłę pod ogniem artylerii i samolotów. Kierowany przez przewoźników wykonujących swą pracę w oszklonej ambonie promu, zakończył służbę, odpływając w ostatnich dniach wojny, pełen żołnierzy, poprzez Bałtyk do Kilonii..

Nieopodal przeprawy, na obu brzegach rzeki, saperzy zbudowali przystanie, skąd zabierano uciekinierów i rannych łodziami saperskimi i promami marynarki w stronę Helu. Na redzie niewielkiego portu czekały transportowce, by zabrać uchodźców. Szybko ich ubywało, lecz bezustannie przybywali następni, docierając do Wisły z Mierzei Wiślanej. Obozowali w lasach sosnowych, w schronach ziemnych, po obu stronach rzeki, podzieleni na tysiącosobowe grupy. Ponosili znaczne straty podczas ciągłych nalotów.

Samoloty myśliwskie i bombowce panowały w powietrzu, atakując cele w ciągu dnia, nocą zastępowały je dwupłatowce, powolne, ale również powodujące zniszczenia. Żołnierze niemieccy nazywali je: sowy nocne, mgliste wrony, Natasze czy nawet -jodłujące na podajniku taśmowym.

Na Zatoce Gdańskiej, w odległości 5-10 kilometrów od ujścia stały trzy potężne okręty wojenne: "Prinz Eugen", "Leipzig" oraz "Schlesien". Nie włączały się do walk powietrznych, artylerii przeciwlotniczej używały dopiero przy bezpośrednich atakach samolotów radzieckich. Skutecznych trafień lotnicy nie uzyskali, mimo ciągłych prób myśliwców bombardujących i samolotów torpedowych. W ostatnich dniach wojny zaniechano ataków. Okręty pełniły więc rolę wsparcia moralnego dla wojska i ludności cywilnej, znajdującej się na mierzei, nie pozwalając jednocześnie na wpływanie do zatoki okrętów marynarki radzieckiej.

Po zajęciu Królewca (10 kwietnia) przez oddziały marszałka Wasilewskiego, Armia Czerwona z ogromnym impetem zaatakowała Sambie. Sztab niemiecki podjął próbę przeciwstawienia się szybkiemu zajęciu Mierzei Wiślanej od strony Pilawy. Kierownictwo nad resztkami 4. Armii przejął generał D. von Saucken. Istniejącej jeszcze częściowo 4. Dywizji Pancernej, głównie stacjonującej na wyspie, zlecono wystawienie pancernej grupy bojowej. Podlegała ona 2- Armii. Dowodził nią major von Heyden, a składała się z 12. Pułku Grenadierów Pancernych, 2. Oddziału 103. Pułku Artylerii Pancernej i ocalałych wozów bojowych 305. Pułku Pancernego.

W kwietniu i maju nie toczyły się na wyspie żadne walki. Ciągle newralgicznym i niebezpiecznym punktem była tylko Wisła i przeprawy przez nią. Porucznik Hans Sehaufler, wyznaczony do pancernej grupy bojowej, tak zapamiętał końcowe dni wojny, które spędził w walce na wschód od wyspy:

"Ostatnie dni niegodziwej wojny, o których żaden korespondent wojenny nie napisał, były najcięższe do zniesienia, gdyż przerażająca niewiedza o przyszłości i mroczne zwątpienie pożerały nasze serca, a bezwzględna walka już nie o zwycięstwo, ale o życie, odejmowała naszym ciałom resztki sił.

Pozbawieni broni żołnierze, w starganych mundurach, z oczyma bez wyrazu, o szarych twarzach, z których wyzierało przerażenie, sunęli dzień i noc w odwrocie po trzęsącej się drodze z pni drzewnych na Mierzei Wiślanej. Byli to ocaleńcy z rozbitej 4. Armii w Prusach Wschodnich (...) którzy przedostali się przez Zalew Wiślany, umykając śmierci i niewoli. Ciągle zjawiali się nowi ranni. Opatrunki mieli przesiąknięte na czarno. Lecz żaden nie pozwolił na ich zmianę, aby nawet na chwilę nie zatrzymywać się w drodze. (...)

Na szerokim na około 800 metrów pasku lądu, bębnili wciąż sowieci ze swojej lekkiej artylerii, ochrzczonej przez naszych "grzmiącą grzechotką", ponieważ słychać było jak te małe armatki strzelają. Tuziny salw armatnich zwanych ?organami Stalina", setki pocisków z moździerzy wszelkich kalibrów, biły z niewielkiej odległości w mierzeję, a my nie mogliśmy nic na to poradzić. Przez Zalew Wiślany strzelały jakieś ciężkie działa - około 12,5 cm średnicy, na wprost. Z morza, w regularnych odstępach czasu, radzieckie łodzie artyleryjskie. Niezliczone, wrogie czołgi - T-34, Józef Stalin, amerykańskie Shermany, działa samobieżne o wzmocnionym opancerzeniu, nazywane "taranującymi kozłami", czyniły życie bardzo ciężkim. (...)

Nasz oddział czołgów podczas akcji nocno-mgielnej 29 kwietnia został przeniesiony do znajdującego się w opałach 4. Oddziału Rozpoznania Pancernego stacjonującego w Voglers.

Po ciężkich walkach o prawie każde zabudowanie osiągnęliśmy Krynicę Morską, którą utracono 3 maja. Chociaż 5 maja Przebrno zostało oddane sowietom, jednakże do tej pory nie udało się dywizjom Armii Czerwonej okrążyć naszych wojsk. W nocy 6 maja, w walce z bliska, tracimy czołg dowodzenia pułkiem. Nie mógł się bronić ze swoją blaszaną armatą. Jako że był pełen sprzętu radiowego, musiał go inny nasz czołg podpalić strzałem z działa.

7 maja broniliśmy się, jeszcze prawie 80 osób z l. Oddziału 35. Pułku Pancernego, z dwunastoma pogiętymi czołgami, z resztkami paliwa, nielicznymi granatami, w okolicach Kątów Rybackich. (...) Stanowiska były dobrze rozbudowane. Cztery albo pięć kilometrów przebiegał rów między zalewem a morzem. Sowieci strzelali do tego rowu z wszelkiej broni, ale nie mogąc nic zrobić bunkrom, niszczyli tylko las, wystrzeliwując w nim przesiekę. Okropnie wyglądały te rozstrzelane drzewa. Używali granatów moździerzowych o czułych zapalnikach, które wybuchały przy najmniejszym kontakcie z gałęziami. One to i rozrywające się nisko pociski rozpryskowe czyniły z każdego ruchu zabawę ze śmiercią".


Kilkanaście godzin później zmagania na Mierzei Wiślanej ustały, armia niemiecka podpisała bezwarunkową kapitulację.

 

Marek ?Zielony? Truszkowski

 

W tekście wykorzystałem fragment książki Waldemara Nocnego "Wyspa Sobieszewska" opublikowany za zgodą autora.

 

Zmieniony: Wtorek, 10 Listopad 2009 13:28