Za Gazeta.pl http://miasta.gazeta.pl/poznan/1,36001,6025006,Tatus_znowu_jedzie_na_wojne.html
Tatuś znowu jedzie na wojnę
Piotr Bojarski
2008-12-04, ostatnia aktualizacja 2008-12-04 13:00
Wcielali się już w żołnierzy polskiego Września 1939 r., w Wehrmacht, enkawudzistów, cytadelowców i opozycjonistów z Solidarności Walczącej. Najczęściej można ich zobaczyć w powstańczych mundurach z biało-czerwonymi kokardami na czapkach. Tacy są pasjonaci ze Stowarzyszenia Grupa Rekonstrukcji Historycznej ,,3 Bastion Grolman"
Spotkali się po raz pierwszy trzy lata temu nad Bzurą. W miejscu największej bitwy kampanii wrześniowej zorganizowano wielką inscenizację historyczną. Przyjechało na nią wielu widzów z Poznania. Wśród nich był Adam Gajda, z zawodu rehabilitant i pasjonat historii. - Nasi dziadkowie bili się nad Bzurą w 1939 r., każdy z nas chciał zobaczyć, jak to mogło wyglądać - wspomina.
Gajda spotkał tam Grzegorza Rutkiewicza, Michała Matuszewskiego, a także kilku innych kolegów, których znał dotychczas z widzenia. - Wszyscy działaliśmy wcześniej w harcerstwie, pasjonowaliśmy się historią, archeologią, a także fortyfikacjami. Choć nie znaliśmy się blisko, wiedzieliśmy o tym, co kto robił. To był impuls: nad Bzurą stwierdziliśmy, że rekonstrukcje są tak ciekawe, iż musimy stworzyć własną grupę - opowiada.
Powrót do powstańców
Pierwszy cel był jasny: wrócić za rok nad Bzurę i wziąć udział w kolejnej rekonstrukcji. Pierwsze treningi - w dresach i moro - organizowali na poznańskiej Cytadeli albo w Forcie I.
Rutkiewicz: - Na początku było nas pięciu-sześciu. Nie każdy miał od razu ekwipunek, ale każdy miał wiedzę i jakiś bagaż doświadczeń. Jeden z kolegów był świeżo po służbie wojskowej, a więc na bieżąco z musztrą. Harcerze trochę musztry liznęli, ale czekał nas jeszcze długi proces przygotowania się do wspólnych wystąpień.
Wystarczył rok ćwiczeń i we wrześniu 2006 r. grupa Rutkiewicza i Gajdy wróciła na pole bitwy nad Bzurą, by wystąpić w mundurach Wehrmachtu. Było im o tyle łatwiej podjąć tę decyzję, że w inscenizacji Niemcy przegrali starcie z Wojskiem Polskim.
Chyba jednak nie najlepiej czuli się w niemieckich mundurach. - Najbardziej interesował nas okres I i II wojny światowej, jednak zdecydowaliśmy się położyć główny nacisk na Powstanie Wielkopolskie. Z prostej przyczyny: jesteśmy z Poznania, a nasi dziadkowie i pradziadkowie byli powstańcami - wyjaśnia Gajda.
Pradziadkowie Gajdy walczyli w Poznaniu. W stolicy Wielkopolski bił się też dziadek Rutkiewicza - Antoni. Po powstańczej przeszłości dziadka pozostało niewiele - np. wisior od bagnetu, zniszczone fotografie. Niemiecki mundur, w którym dziadek Rutkiewicza poszedł do powstania, musiał potem w 1945 r. ukryć w obawie przed Rosjanami. Ukrył tak skutecznie, że nie odnaleziono go do dziś.
Skąd nazwa Bastion Grolman? - Bo to wspólny mianownik dla skautów, Wincentego Wierzejewskiego, Poznania i fortyfikacji, które zawsze najbardziej nas interesowały. A trzeba pamiętać, że 28 grudnia 1918 r. skauci Wierzejewskiego podstępem opanowali fort Grolman, co było początkiem polskiego zwycięstwa w powstaniu - wyjaśnia Gajda.
Zaczęli zbierać elementy powstańczego umundurowania. Zdobywali je na jarmarkach, albo w internecie. - Początki były bardzo ciężkie, ale dzięki internetowi i temu, że jesteśmy w Unii Europejskiej, jest nam łatwiej, niż na starcie - wyjaśnia Gajda. O wydanych pieniądzach mówią niechętnie. - To drogi "sport", aż strach mówić, żeby nie dowiedziały się nasze rodziny!
Grolmanowcom sprzyja fakt, że dwie poznańskie firmy szyją historyczne mundury. - Część z nas ma własne mundury, część je pożycza - tłumaczy Gajda. Od kiedy Bastion Grolman jest stowarzyszeniem, ma pieniądze ze składek (20 zł miesięcznie) i z dotacji, zdobywanych dzięki składaniu ofert w otwartych konkursach. Dzięki temu członkowie grupy kupują kolejne mundury i sprzęt.
Akcja pod Bazarem
Powrót do powstańczej tradycji okazał się strzałem w dziesiątkę. - Każde obchody rocznicy powstania to była zawsze smutna ,,oficjałka" pod pomnikiem. My wyobrażaliśmy to sobie zupełnie inaczej - mówi Rutkiewicz.
W grudniu 2006 r. - w 88 rocznicę powstania - dali przedsmak tego, o czym marzyli. Poznaniacy, spieszący do domów po pracy, przystawali na Starym Rynku zdumieni wystrzałami i widokiem powstańców, rozbrajających żołnierzy niemieckich. - Scenariusz stworzyliśmy z Michałem Matuszewskim. Wszystko to było bardzo spontaniczne. Wtedy mieliśmy jeszcze mało środków, większość zrobiliśmy własnym sumptem. Bardzo nam wtedy pomógł wiceprezydent Maciej Frankiewicz oraz Muzeum Historii Polski (z siedzibą w Warszawie) - opowiadają Gajda i Rutkiewicz.
Rekonstrukcja w centrum miasta wypaliła, i to z hukiem. Rok później - dzięki zaufaniu marszałka Marka Woźniaka i finansowemu wsparciu Urzędu Marszałkowskiego - członkowie Bastionu Grolman mogli już pokusić się o znacznie efektowniejsze widowisko. 27 grudnia 2007 r. pod Bazarem stanęło powstańcze obozowisko - z budkami wartowniczymi, skrzyżowaną w kozły bronią - i oczywiście grochówką z wojskowego kotła. Powstańcy z Bastionu Grolman wypisywali dzieciom pamiątkowe legitymacje. - Akcja werbunkowa to był pretekst do tego, by ściągnąć młodego człowieka na rozmowę. Tu nie chodziło tylko o talerz grochówki - uśmiecha się Rutkiewicz. - Nas interesuje kontakt z ludźmi. Nie odgradzamy się biało-czerwoną tasiemką.
Tłumy poznaniaków obejrzały w czterech odsłonach powstańczą bitwę pod Bazarem i na Placu Wolności. W zwycięskim finale powstańcy na koniach - a wśród nich wiceprezydent Frankiewicz - szarżowali na uciekających w popłochu "Niemców".
Furora w Warszawie
- Po każdym widowisku tłumy ludzi przychodzą do nas i dopytują o różne sprawy. Dzieci ciągną za sobą rodziców, dziadków, wujków. Pytają o broń, o fakty. Ludzie przynoszą zdjęcia, artykuły, jakieś archiwalia - przyznaje Rutkiewicz.
W ubiegłorocznej inscenizacji wzięło udział około 150 umundurowanych i wyekwipowanych wojaków. Nie wszyscy należeli do grupy Rutkiewicza i Gajdy. 3 Bastion Groman liczy dziś około 50 członków. Pochodzą z całej Polski: Warszawa, Gdańsk, Wrocław... To urzędnicy, historycy, prawnik, prywatni przedsiębiorcy i kilkunastu studentów. W odegraniu powstańczych walk w Poznaniu pomogły im grupy rekonstrukcji historycznej z Poznania, Wronek, Warszawy i Trójmiasta.
W ubiegłym roku oddział powstańców wielkopolskich wziął po raz pierwszy udział w defiladzie z okazji Dnia Niepodległości 11 Listopada. - Obawialiśmy się trochę, jak nas ta Warszawa przyjmie. Szliśmy Krakowskim Przedmieściem, oddział za oddziałem i nagle rozległ się okrzyk starszego człowieka: "Ludzie, zobaczcie, to powstańcy wielkopolscy. Jedyne nasze powstańcze zwycięstwo!" Na trasie stało 30 tysięcy ludzi. Zebraliśmy burzę oklasków! - wspomina z satysfakcją Gajda.
Gajda spotkał tam Grzegorza Rutkiewicza, Michała Matuszewskiego, a także kilku innych kolegów, których znał dotychczas z widzenia. - Wszyscy działaliśmy wcześniej w harcerstwie, pasjonowaliśmy się historią, archeologią, a także fortyfikacjami. Choć nie znaliśmy się blisko, wiedzieliśmy o tym, co kto robił. To był impuls: nad Bzurą stwierdziliśmy, że rekonstrukcje są tak ciekawe, iż musimy stworzyć własną grupę - opowiada.
Powrót do powstańców
Pierwszy cel był jasny: wrócić za rok nad Bzurę i wziąć udział w kolejnej rekonstrukcji. Pierwsze treningi - w dresach i moro - organizowali na poznańskiej Cytadeli albo w Forcie I.
Rutkiewicz: - Na początku było nas pięciu-sześciu. Nie każdy miał od razu ekwipunek, ale każdy miał wiedzę i jakiś bagaż doświadczeń. Jeden z kolegów był świeżo po służbie wojskowej, a więc na bieżąco z musztrą. Harcerze trochę musztry liznęli, ale czekał nas jeszcze długi proces przygotowania się do wspólnych wystąpień.
Wystarczył rok ćwiczeń i we wrześniu 2006 r. grupa Rutkiewicza i Gajdy wróciła na pole bitwy nad Bzurą, by wystąpić w mundurach Wehrmachtu. Było im o tyle łatwiej podjąć tę decyzję, że w inscenizacji Niemcy przegrali starcie z Wojskiem Polskim.
Chyba jednak nie najlepiej czuli się w niemieckich mundurach. - Najbardziej interesował nas okres I i II wojny światowej, jednak zdecydowaliśmy się położyć główny nacisk na Powstanie Wielkopolskie. Z prostej przyczyny: jesteśmy z Poznania, a nasi dziadkowie i pradziadkowie byli powstańcami - wyjaśnia Gajda.
Pradziadkowie Gajdy walczyli w Poznaniu. W stolicy Wielkopolski bił się też dziadek Rutkiewicza - Antoni. Po powstańczej przeszłości dziadka pozostało niewiele - np. wisior od bagnetu, zniszczone fotografie. Niemiecki mundur, w którym dziadek Rutkiewicza poszedł do powstania, musiał potem w 1945 r. ukryć w obawie przed Rosjanami. Ukrył tak skutecznie, że nie odnaleziono go do dziś.
Skąd nazwa Bastion Grolman? - Bo to wspólny mianownik dla skautów, Wincentego Wierzejewskiego, Poznania i fortyfikacji, które zawsze najbardziej nas interesowały. A trzeba pamiętać, że 28 grudnia 1918 r. skauci Wierzejewskiego podstępem opanowali fort Grolman, co było początkiem polskiego zwycięstwa w powstaniu - wyjaśnia Gajda.
Zaczęli zbierać elementy powstańczego umundurowania. Zdobywali je na jarmarkach, albo w internecie. - Początki były bardzo ciężkie, ale dzięki internetowi i temu, że jesteśmy w Unii Europejskiej, jest nam łatwiej, niż na starcie - wyjaśnia Gajda. O wydanych pieniądzach mówią niechętnie. - To drogi "sport", aż strach mówić, żeby nie dowiedziały się nasze rodziny!
Grolmanowcom sprzyja fakt, że dwie poznańskie firmy szyją historyczne mundury. - Część z nas ma własne mundury, część je pożycza - tłumaczy Gajda. Od kiedy Bastion Grolman jest stowarzyszeniem, ma pieniądze ze składek (20 zł miesięcznie) i z dotacji, zdobywanych dzięki składaniu ofert w otwartych konkursach. Dzięki temu członkowie grupy kupują kolejne mundury i sprzęt.
Akcja pod Bazarem
Powrót do powstańczej tradycji okazał się strzałem w dziesiątkę. - Każde obchody rocznicy powstania to była zawsze smutna ,,oficjałka" pod pomnikiem. My wyobrażaliśmy to sobie zupełnie inaczej - mówi Rutkiewicz.
W grudniu 2006 r. - w 88 rocznicę powstania - dali przedsmak tego, o czym marzyli. Poznaniacy, spieszący do domów po pracy, przystawali na Starym Rynku zdumieni wystrzałami i widokiem powstańców, rozbrajających żołnierzy niemieckich. - Scenariusz stworzyliśmy z Michałem Matuszewskim. Wszystko to było bardzo spontaniczne. Wtedy mieliśmy jeszcze mało środków, większość zrobiliśmy własnym sumptem. Bardzo nam wtedy pomógł wiceprezydent Maciej Frankiewicz oraz Muzeum Historii Polski (z siedzibą w Warszawie) - opowiadają Gajda i Rutkiewicz.
Rekonstrukcja w centrum miasta wypaliła, i to z hukiem. Rok później - dzięki zaufaniu marszałka Marka Woźniaka i finansowemu wsparciu Urzędu Marszałkowskiego - członkowie Bastionu Grolman mogli już pokusić się o znacznie efektowniejsze widowisko. 27 grudnia 2007 r. pod Bazarem stanęło powstańcze obozowisko - z budkami wartowniczymi, skrzyżowaną w kozły bronią - i oczywiście grochówką z wojskowego kotła. Powstańcy z Bastionu Grolman wypisywali dzieciom pamiątkowe legitymacje. - Akcja werbunkowa to był pretekst do tego, by ściągnąć młodego człowieka na rozmowę. Tu nie chodziło tylko o talerz grochówki - uśmiecha się Rutkiewicz. - Nas interesuje kontakt z ludźmi. Nie odgradzamy się biało-czerwoną tasiemką.
Tłumy poznaniaków obejrzały w czterech odsłonach powstańczą bitwę pod Bazarem i na Placu Wolności. W zwycięskim finale powstańcy na koniach - a wśród nich wiceprezydent Frankiewicz - szarżowali na uciekających w popłochu "Niemców".
Furora w Warszawie
- Po każdym widowisku tłumy ludzi przychodzą do nas i dopytują o różne sprawy. Dzieci ciągną za sobą rodziców, dziadków, wujków. Pytają o broń, o fakty. Ludzie przynoszą zdjęcia, artykuły, jakieś archiwalia - przyznaje Rutkiewicz.
W ubiegłorocznej inscenizacji wzięło udział około 150 umundurowanych i wyekwipowanych wojaków. Nie wszyscy należeli do grupy Rutkiewicza i Gajdy. 3 Bastion Groman liczy dziś około 50 członków. Pochodzą z całej Polski: Warszawa, Gdańsk, Wrocław... To urzędnicy, historycy, prawnik, prywatni przedsiębiorcy i kilkunastu studentów. W odegraniu powstańczych walk w Poznaniu pomogły im grupy rekonstrukcji historycznej z Poznania, Wronek, Warszawy i Trójmiasta.
W ubiegłym roku oddział powstańców wielkopolskich wziął po raz pierwszy udział w defiladzie z okazji Dnia Niepodległości 11 Listopada. - Obawialiśmy się trochę, jak nas ta Warszawa przyjmie. Szliśmy Krakowskim Przedmieściem, oddział za oddziałem i nagle rozległ się okrzyk starszego człowieka: "Ludzie, zobaczcie, to powstańcy wielkopolscy. Jedyne nasze powstańcze zwycięstwo!" Na trasie stało 30 tysięcy ludzi. Zebraliśmy burzę oklasków! - wspomina z satysfakcją Gajda.
Czy pan znał Dziadka Piłsudskiego?
Stworzyli swój program "Powstanie Wielkopolskie - Zapomniane Zwycięstwo" . Poznańscy politycy mieli do nich żal, dlaczego "zapomniane". Sugerowali "niedocenione zwycięstwo". - Tymczasem przy okazji wystawienia polowego obozu powstańczego i kręcenia filmu o powstaniu zrobiliśmy quiz i okazało się, że ludzie prawie nic o powstaniu nie wiedzą - komentuje Gajda.
Mają prelekcje w szkołach - a jakże, w mundurach i z bronią w ręku! - Raz, kiedy opowiadałem o odzyskaniu niepodległości i o "Dziadku" Piłdudskim, jedna z dziewczynek nie wytrzymała i przejęta zapytała mnie: "Proszę pana, a pan naprawdę znał Dziadka Piłsudskiego?" - śmieje się Gajda.
Zagrali też w kilku filmach. Ławicę "zdobywali" już dwa razy: raz dla Discovery Historia, innym razem dla TVP i Cover. Grali już i Niemców, i enkawudzistów (podczas obchodów rocznic katyńskiej w Warszawie), i działaczy Solidarności Walczącej (w ubiegłym roku we Wrocławiu) . - To jest "łapanka", ktoś to musi zagrać - tłumaczy Gajda. Na potrzeby innych rocznic mają już ,,sekcję wrześniową". - W 2006 r. jako pierwsi w Polsce wpadliśmy wraz z kolegami z Gdańska na pomysł stworzenia rekonstrukcji bitwy o Westerplatte. Zawieźliśmy tam cały autobus kolegów i sprzętu. Impreza się udała - wspomina Gajda.
W tym roku koncentrują się na 90. rocznicy Powstania Wielkopolskiego - są współorganizatorem uroczystości. Zagrają na Placu Wolności w wielkim widowisku historycznym, reżyserowanym przez Filipa Bajona. Choć rozmawiamy w końcu sierpnia, u nich już się kotłuje: Gajda co chwila odbiera telefony dotyczące 27 grudnia. Szykują wiele innych niespodzianek - na razie jest to jednak tajemnica.
Jak ten zamęt tolerują ich żony i dzieci? - Rodziny są za nami, choć nieraz jest ciężko. Bywamy niewyspani, zmęczeni, a do tego trzeba jeszcze pójść do pracy albo z dzieckiem na spacer - wzdycha Gajda. - Na początku to miał być pomysł na miłe spędzenie czasu. Teraz to coś znacznie więcej.
- Jak czasem wyjeżdżam z mundurem na jakąś imprezę na dwa dni, to moja 6-letnia córeczka Julka narzeka: "Tatuś, znowu jedziesz na wojnę!" - uśmiecha się Rutkiewicz.
Stworzyli swój program "Powstanie Wielkopolskie - Zapomniane Zwycięstwo" . Poznańscy politycy mieli do nich żal, dlaczego "zapomniane". Sugerowali "niedocenione zwycięstwo". - Tymczasem przy okazji wystawienia polowego obozu powstańczego i kręcenia filmu o powstaniu zrobiliśmy quiz i okazało się, że ludzie prawie nic o powstaniu nie wiedzą - komentuje Gajda.
Mają prelekcje w szkołach - a jakże, w mundurach i z bronią w ręku! - Raz, kiedy opowiadałem o odzyskaniu niepodległości i o "Dziadku" Piłdudskim, jedna z dziewczynek nie wytrzymała i przejęta zapytała mnie: "Proszę pana, a pan naprawdę znał Dziadka Piłsudskiego?" - śmieje się Gajda.
Zagrali też w kilku filmach. Ławicę "zdobywali" już dwa razy: raz dla Discovery Historia, innym razem dla TVP i Cover. Grali już i Niemców, i enkawudzistów (podczas obchodów rocznic katyńskiej w Warszawie), i działaczy Solidarności Walczącej (w ubiegłym roku we Wrocławiu) . - To jest "łapanka", ktoś to musi zagrać - tłumaczy Gajda. Na potrzeby innych rocznic mają już ,,sekcję wrześniową". - W 2006 r. jako pierwsi w Polsce wpadliśmy wraz z kolegami z Gdańska na pomysł stworzenia rekonstrukcji bitwy o Westerplatte. Zawieźliśmy tam cały autobus kolegów i sprzętu. Impreza się udała - wspomina Gajda.
W tym roku koncentrują się na 90. rocznicy Powstania Wielkopolskiego - są współorganizatorem uroczystości. Zagrają na Placu Wolności w wielkim widowisku historycznym, reżyserowanym przez Filipa Bajona. Choć rozmawiamy w końcu sierpnia, u nich już się kotłuje: Gajda co chwila odbiera telefony dotyczące 27 grudnia. Szykują wiele innych niespodzianek - na razie jest to jednak tajemnica.
Jak ten zamęt tolerują ich żony i dzieci? - Rodziny są za nami, choć nieraz jest ciężko. Bywamy niewyspani, zmęczeni, a do tego trzeba jeszcze pójść do pracy albo z dzieckiem na spacer - wzdycha Gajda. - Na początku to miał być pomysł na miłe spędzenie czasu. Teraz to coś znacznie więcej.
- Jak czasem wyjeżdżam z mundurem na jakąś imprezę na dwa dni, to moja 6-letnia córeczka Julka narzeka: "Tatuś, znowu jedziesz na wojnę!" - uśmiecha się Rutkiewicz.
Źródło: Gazeta Wyborcza Poznań












